poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Guess Who's back?

Anonimowy | 22:41
Znowu mnie trochę mnie nie było, ale jak zawsze też mam po dłuższej przerwie mam rarytasik. Wywiad z Helen Money zanim pojawi się na AP, można przeczytać u mnie na bLOgAsKu. Miłej lektury
darmowy hosting obrazków


„Chciałabym być Tom-em Morello wiolonczeli”




No i sobie jeszcze posłuchajcie Helenki Pieniążek




sobota, 13 marca 2010

Wielki Kryzys

Anonimowy | 22:10
Trochę mnie nie było. Ręka w gipsie i góra innych rzeczy powstrzymała mnie przed regularnym się tu udzielaniem. A w międzyczasie parę razy strasznie mnie korciło żeby zasiąść za klawiaturą. Jak na przykład wtedy, kiedy mój ulubiony dziennikarz muzyczny stracił pracę we "Wprost". Nie żebym się dziwił, bo prędzej czy później ktoś musiał przeczytać co Pan Robert za mądrości wypisuje, a od tego już prosta droga do zastąpienia go kimś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o tym co robi. Były też Słowiki, nominacje do Fryderyków, i wiele innych ciekawych rzeczy, ale ból ręki, która swoją drogą wciąż nie do końca funkcjonuje tak jak powinna, skutecznie hamował moje zapędy. Dzisiaj jednak jest trochę lepiej, więc...
Nie trzeba laureatów Pulitzera, lauru dziennikarza roku, czy też jakiegoś tabunu tęgich głów w gronostajach żeby zauważyć, że poziom dziennikarstwa spada. Zwłaszcza na portalach internetowych. Zresztą nawet dawniej zdarzały się w różnych mediach "zapychacze", które wywoływały uśmiech politowania. Dziś nie tyle uśmiechnąłem się, co zdrowo uśmiałem przy lekturze wyniku "szokujących badań" jakie zamieścił portal gazeta.pl. W jakim świecie żyją osoby zlecające takie badania, a potem będące zszokowane ich wynikami? Czy oni żyją w tej samej rzeczywistości co ja, i pozostali "szarzy obywatele"? Gdzie są te, będące chyba pod kloszem, odizolowane od "naszej rzeczywistości" osiedla, na których nie ma palących, pijących i agresywnych gimnazjalistów? Nie chce mi się wierzyć, że na przedmieściach, czy osiedlach zamkniętych życie toczy się tak beztrosko, jak można by wnioskować z szoku wywołanego wynikami badania. Czy Ci "zszokowani" redaktorzy i badacze już zupełnie utonęli w świecie plastikowych pod względem fabuły i drewnianych pod względem aktorstwa polskich telenowel? Czy oni nie widzą co się wokół nich dzieje? Wiem, że należy przesiewać podawane przez każde media informacje, ale czy to nie trochę uwłaczające jak w nas takimi wielkimi grudami walą? Czasami czuję się jakbym znowu miał mniej niż 10 lat i wsłuchiwał się w rewelacje prezentowane przez:
darmowy hosting obrazków

niedziela, 7 lutego 2010

Małe szczęścia

Anonimowy | 21:10
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nad Wisłą ciągle narzeka się na wydarzenia związane ze sceną muzyczną. Znaczy się narzekają głownie osoby, którym zależy na jakiej takiej muzyce, czy na jakiej takiej scenie muzycznej. Wielbiciele szturmujących listy przebojów stacji radiowych hitów mają je głęboko w poważaniu. Horrendalne ceny płyt, brak ambitnej muzyki w mediach i inne drążące smutny świat ludzi, dla których muzyka jest częścią życia, a nie tylko do niego dodatkiem, są im obce. Wśród narzekających prym wiodą dziennikarze muzyczni. Całkiem zresztą słusznie, bo kto, jak kto, ale oni powinni nie milknąć w tej sprawie. Ciekawe jak by byli zajadli w swojej krytyce gdyby gdzieś w ich głowie kołatała świadomość, że mogą trafić do więzienia. Taki los spotkał dwóch dziennikarzy muzycznych w Iranie. Zostali oni bez podania ŻADNYCH powodów zatrzymani i uwięzieni. Chciałbym zobaczyć jak w podobnych warunkach pracy Pan Leszczyński wygłasza swoje kolejne mądrości. Drugim ostrzem krytyki, które raz po raz stara się wytrącić argumenty, którymi zasłaniają się obrońcy obecnego stanu rzeczy są oczywiście odbiorcy muzyki. Tak zwani fani. Postawmy się zatem, bo sam też się do tej grupy zaliczam, w sytuacji w jakiej znaleźli się Indyjscy fani muzyki metalowej. Otóż tamtejszy największy festiwal rockowy, India Rock Festival ma dość nietypową gwiazdę. Otóż główna atrakcją tego festiwalu będzie kultowa, ciesząca się od lat niesłabnącym poparciem i szacunkiem wśród rockowej braci, mianowicie - Backstreet Boys. Dla wszystkich tych, którzy nie mieli okazji się z nimi zetknąć, ze względu na ich dość kontrowersyjny i bezkompromisowy przekaz, przypominam, że brzmią tak:


I teraz pomyślmy co by się stało gdyby na przykład właśnie ich zaserwował, powiedzmy Sonicsphere Festival, zamiast stojącego pod coraz większym znakiem zapytania występem Slayer-a? Prawda, jak cudownie by było? Tak, że walczmy o swoje, ale nie zapominajmy, że mogłoby być o wiele gorzej. Choć muszę przyznać, że perspektywa uniemożliwienia wypowiadania się Panu Leszczyńskiemu jest bardzo kusząca.

darmowy hosting obrazków

czwartek, 4 lutego 2010

Miejsce, którego wszyscy szukamy

Anonimowy | 23:12
Chciałem coś napisać o swoich Europejskich wojażach, ale nie mogę. Mimo, do stołecznej dla mnie Łodzi wróciłem już we wtorek, ciągle nie jestem w stanie otrząsnąć się z tego co widziałem. Co prawda myśląc logicznie w pamięci powinny mi utkwić dwie noce spędzone na terminalu lotniska w Oslo, albo fakt, że przyszło mi za około minutową wycieczkę pociągiem zapłacić przeszło 30 złotych. Wszystko jednak blednie w obliczu emocji jakich dostarczyła mi wizyta w Barcelonie. Nie chodzi nawet o to, że byłem na meczu mojej ukochanej drużny piłkarskiej, co to, to nie. Za wysokie finansowo progi na moje biedne nogi. Architektura na, którą zwykle praktycznie nie zwracam uwagi w stolicy Katalonii rzuciła mnie na kolana. Ciągle przed oczami stoją mi te kamienice, ulice, i inne im podobne, zlepki wody, piachu, cementu i innych materiałów budowlanych, które w rękach katalońskich budowniczych zamieniły się w obraz miejsca, którego nie chce się opuszczać, a po opuszczeniu już planuje się powrót. Ja tam jeszcze wrócę. Nie ma innej możliwości.Tytuł wpisu wziąłem od utworu nieistniejącego już zespołu She. Ja swojego miejsca już szukać nie muszę.
darmowy hosting obrazków

P.S. DZIĘKI ŚWISTAKU ZA GOŚCINĘ, BOO, ADAŚ - DZIĘKI ZA TOWARZYSTWO. EPIC

środa, 27 stycznia 2010

Syndic Calls

Anonimowy | 15:35
Siedzę sobie (w moim wieku stanie nie wchodzi w rachubę) i zapoznaje się kolejno z tegorocznymi uczestnikami Asymmetry Festivalu.
darmowy hosting obrazków


Zeszłoroczną edycję wspominam jako najlepszy festiwal zeszłego roku. Wiem były Off-y, Opener-y, Woodstock-i, Węgorzewa i wiele innych. Żadne z tych wydarzeń nie zgromadziło jednak takiego stężenia niebanalnej muzyki jakie udało się uzyskać w ODA Firlej. Przyznam bez bicia, że jadąc w zeszłym roku do Wrocławia nie byłem zaznajomiony z wszystkimi zespołami, które miały wystąpić. W zasadzie to biorąc pod uwagę ilość zespołów, które miały zagrać znałem ich bardzo mało. Baroness, Amen Ra, Storm of Light, Blindead, i w zasadzie chyba tyle. Lubię jeździć na koncerty wykonawców, których nie znam, bo lubię niespodzianki. Ostatecznie lepiej zaskoczyć się pozytywnie niż negatywnie, prawda? To co spotkało mnie w Firleju należało do najpiękniejszych niespodzianek jakie mi się zdarzyły. Wracałem do Łodzi jako zagorzały fan, jeśli nie fanatyk takich zespołów jak: Tephra, Ufomammut, Lent0, czy 65daysofstatic. Plułem też sobie w brodę do tego stopnia, że prawie się utopiłem kiedy choroba uniemożliwiła mi uczestnictwo w drugim weekendzie Asymmetry. W tym roku jestem niestety zmuszony do zepsucia sobie niespodzianki. Nie wiadomo czy będę się mógł na Asymmetry Festiwalu stawić co doprowadza mnie niemal do szewskiej pasji. Siedzę sobie więc, tak jak pisałem, i kosztuję co też przygotowali organizatorzy w tym roku. Nie zdążyłem się co prawda jeszcze dokładnie rozsmakować w przedstawionej przez Firlej ofercie, ale pewne wnioski już się nasuwają i mam dzięki Asymmetry swoich nowych ulubieńców . Całkiem obiecująco po pojedynczych przesłuchaniach zapowiadają się: Tesseract, Dark Castle, Altar of Plagues, Esoteric, czy też Black shape of nexus i Khuda. Rozczarowałem się natomiast Shrinebuilder-em. Po muzykach, którzy maczali swoje palce w takich projektach jak Neurosis, Melvins czy OM wymagać powinno się zdecydowanie więcej. Żałuję też, że nie udało mi się nigdzie znaleźć większej ilości twórczości Helen Money. Tu kolejny komplement dla ludzi odpowiedzialnych za ten festiwal. Jak oni docierają do takich perełek, których twórczość trudno znaleźć nawet w tak ogromnej skarbnicy jak internet? Przecież też regularnie zasiadam do czesania internetu i nieczęsto udaje mi się takie skarby wygrzebać. O klasie Jesu, Jarboe, czy też zespołu Kylesa pisał nie będę, bo skoro nawet taki laik jak ja je kojarzy, to nie mogą być nieznane ;).Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą perełkę. The Mount Fuji Doomjazz Corporation pochłonęło mnie bez reszty. Ta gęsta, niepokojąca i cudownie wciągająca muzyka zasługuje na osobny wpis, bądź też osobną stertę liter, co zapewne zrobię jak wrócę ze swojego Eurotripa. Swoją drogą ciekawe, czy w tym roku zwycięzca konkursu Neuro Music będzie równie trafnie wytypowany jak zeszłoroczny triumfator - Tides From Nebula. No i czy mi się uda do cholery tam wybrać!!

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Cleaning out my closet

Anonimowy | 18:15
Czas na mój swoisty coming out. Wiem, że za to co zaraz napiszę czeka mnie fala drwin i brak akceptacji, a kto wie może i izolacja społeczne. Nie tak mnie wychowywano i nie wiem gdzie ja, albo środowisko, w którym dorastałem popełniło błąd, co sprawiło, że jestem "inny". Dość już jednak życia w kłamstwie i udawania, że jestem taki jak wszyscy "normalni" ludzie. Boję się pomyśleć z jakimi od dziś przyjdzie mi spotykać się spojrzeniami i drwiącymi uśmieszkami, a nawet zapewne i werbalnymi i niewerbalnymi ciosami. Ale trudno. Powiedziałem "A", powiem i "B". Otóż, jakkolwiek zatrważająco by to nie brzmiało, muszę się przyznać przed całym światem: lubię muzykę zespołu Coma. Chciałem tu zaznaczyć i podkreślić, że moja sympatia nie sięga aż tak daleko żeby akceptować teksty Piotra R. będącego za nie w tym łódzkim zespole odpowiedzialnym. Tak, potrafię oddzielić muzykę od grafomańskich tekstów Roguckiego, dzięki cudownemu talentowi, który posiadam, a który pozwala mi nie zwracać uwagi na tekst i traktować linię wokalną jako kolejny instrument. Dzięki temu nie przeszkadzają mi aż nadto "krzyczące herbaty", i wiele innych temu podobnych "klejnotów", które jestem w stanie nie tyle puścić Comowcą w niepamięć, co przykryć je w świadomości zasłoną milczenia.
Jest jednak coś, czego im darować nie mogę. Właściwie to lista jest odrobinę dłuższa niż tylko jedno "coś", ale już nie będę się rozpisywał o tym, jak panowie łodzianie zachowują się na swoich koncertach, gdzie ich wybujałe ego powinno mieć dla siebie osobną scenę. Najbardziej boli mnie to, że uwierzyli, że są tak wielcy i utalentowani jak starają się im wmówić wszelkie media. Panowie redaktorzy rozpływają się nad świetną muzyką(fajna jest, fakt) i wielowymiarowymi i nieszablonowymi tekstami(patrz casus "krzyczącej herbaty") jakimi raczą nas Piotruś i spółka. Tak powstał dwupłytowy(!) album "Hipertrofia". Mi osobiście od razu skojarzył się z "The Wall". Zanim pierwsze z Was rzuci kamień pozwólcie mi się wytłumaczyć. Otóż w żadnym razie nie chodzi mi o to, że jest pod względem artystycznym podobny do arcydzieła Pink Floyd, bo żeby wysnuwać takie wnioski musiałbym być niespełna rozumu i potrzebować pomocy przy wiązaniu sznurowadeł. Mam na myśli fakt, że Panowie postanowili stworzyć koncept album pełną gębą. Nie ograniczyli się do jednej tematyki utworów, czy też nawet stworzenia z nich spójnej historii. O nie, to by dla takich "artystów" było za mało. Oni musieli dodać wszelkie pokasływania i inne temu podobne dźwięki, które zapewne w ich napompowanych własną doskonałością i wyższością nad szarymi muzykami umysłach miały nadać albumowi "głębi" i podnieść jego wartość artystyczną. W rezultacie zaś dla osób, takich jak na przykład ja, które nie wielbią Comci za całokształt efekt finalny jest męczący jak sesja i asłuchalny jak pewien przedstawiciel sceny klubowej.
Niestety Comizacja postępuje. Wciąż nie brakuje gotowych płacić za oglądanie wątpliwej jakości popisów scenicznych Roguckiego i spółki na żywo. Do tego stopnia, że pewnie znowu wszędzie gdzie się pojawią spotkają się z kompletem publiczności. Co gorsza w przeciwności do mnie bywalcy takich spędów to przypadki kliniczne odbierające Comcię jako całość, czyli także teksty. Miejmy nadzieję, że ktoś w końcu zainteresuje się tym problemem, i że mimo powagi sytuacji media nie rozdmuchają tego do poziomu histerii towarzyszącej każdej kolejnej grypie pochodzenia zwierzęcego. Chodź musicie się ze mną zgodzić, że mamy tu do czynienia z problemem podobnego kalibru.

p.s. Swego czasu strasznie, jak to się kolokwialnie mówi, "darłem" z fanów Comci, kiedy Ci oburzali się na drących się na koncertach ich ukochanego zespołu ludzi, mających czelność kalać ich świętość okrzykami "kurwa mać, Coma grać"(nic tak nie poprawia humoru jak wizyta na oficjalnym forum Comci i poczytywanie "oświeconych" jego użytkowników). Jakiś czas później miałem do czynienia z jegomościem wydzierającym się w ten sposób na koncercie Neurosis i miałem ochotę powoli go rozczłonkowywać wpychając mu kolejne kończyny do gardła żeby się w końcu uciszył. Czuję się usprawiedliwiony, bo występ Neurosis nazwać po prostu koncertem, to tak jakby nazwać "Krzyk" Muncha fajnym obrazkiem. Nie da się porównać mistycznego wydarzenia jakim jest koncert Neurosis z występem Comci. To, nie tak że Comizacja u mnie postępuje. Prawda?

czwartek, 21 stycznia 2010

Czterdzieści lat minęło...

Anonimowy | 23:10
Podobno kryzys wieku średniego to nic przyjemnego. Podobno każdy przeżywa go na swój sposób i jest to tak indywidualna kwestia jak dobór płatków śniadaniowych. Nie sposób jednak nie zauważyć, że jest jedna grupa ludzi wśród, których ten okres przebiega nadzwyczaj podobnie. Mowa oczywiście o Krzysztofach. Dla ułatwienia sobie dywagowania uznajmy za granicę, po której nachodzi wiek średni dzień 40 urodzin naszych Krzysztofów. Bohaterów będzie trzech. Zacznijmy od najbardziej znanego z bohaterów tego tekstu - monsieur Kolumba. Ten zapewne bardzo sympatyczny do pewnego czasu obywatel Genui w roku 1492, po osiągnięciu wieku lat 41 postawił swoje nogi na terenach obecnie znanych jako Ameryka Północna. Już pal licho fakt, że konsekwencją jego potrzeby udowadniania sobie bóg wie czego, jest plujące na cały świat bezwartościową popkulturową papką, oraz "siłami stabilizacyjnymi" i "demokracją" USA. Zapytajcie się Rdzennych Mieszkańców Ameryki Północnej co myślą o pojawieniu się u nich Krzysia K. i tego konsekwencjach. Oczywiście jeśli uda Wam się jeszcze jakichś znaleźć.
Dalej mamy naszego swojskiego celebryta Krzysia "prowadzę wszystko w telewizji ze słońcem" Ibisza. O tym jak nasz Krzyś się wstecznie starzeje rozpisują się wszystkie opiniotwórcze media w Polsce. Oczywiście te, które kształtują opinię w kręgach czytelniczych takich tytułów jak Super Express czy Fakt. Ostatnimi Krzyś zresztą nie ogranicza się tylko do prowadzenia każdego teleturnieju, gali i programu w stacji ze słońcem. O nie, to już dla Krzysia za mało. Teraz rozpoczął ekspansję na wszystkie inne media. Pokazuje się to tu, to tam, ciągle chwaląc swój nowy, zdrowy i jakże szczęśliwy tryb życia. Siłownia, dieta, solarium, operacje plastyczne, nie wspominając przecież o pracy i "byciu" w różnych ważnych miejscach, w których warto się pokazać. To wszystko musi pochłaniać dużo czasu, aż dziw, że nasz bohater znajduje czas dla rodziny. O ile znajduje. Spytała go zresztą o to pewna Pani Redaktor. Krzyś odpowiedział rezolutnie, że skoro on jest szczęśliwy to i jego rodzina zapewne musi być szczęśliwa, nawet jeśli musi pogodzić się z rzadszym oglądaniem jego odmłodzonego lica. W gruncie rzeczy ma sens prawda?
Na koniec zostawiłem sobie gagatka, który mnie zainspirował do napisania tego tekstu. Znacie takie grupy muzyczne jak: Soundgarden, czy Audioslave? Tak, chodzi o Cornell-a. Nie tak dawno grungowy Krzyś zapragnął zmiany swojego image. Zdecydował się opuścić tabuny swoich smutnych, mrocznych i niezrozumianych nastoletnich fanek, dla których był bożyszczem i spróbować szczęścia wśród ich rówieśniczek o "różowym" usposobieniu. Wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek okazję obejrzeć na,kiedyś muzycznej, telewizji program "My sweet sixteen" nie mogą się mu dziwić. Potencjał konsumencki na pewno te młode dziewczyny (użycie w tym miejscu słowa "damy" wydawało mi się niewybaczalnym nadużyciem) organizujące swoje urodziny w tym programie mają nieporównywalnie większy. Co więc zrobił Krzysiu? Udał się do miłościwie nam panującego Midasa muzyki pop - Timbalanda w celu nagrania płyty, która na nowo zdefiniowałaby jego miejsce na muzycznym rynku. Niestety nie udało się. Starzy fani, w tym niżej podpisany, mówiąc najdelikatniej byli dalecy od zachwytu nad nowym wydawnictwem Krzysia C., a i nowych fanów nie zyskał. Okazało się, że Cornell jest trochę za stary żeby konkurować z Timberlake-ami tego świata i został ze swoim "Scream" na ziemi niczyjej. Można by co prawda uznać mój wywód na temat Cornell-a za czyste domysły, ale w takim razie dlaczego zdecydował się w tym roku na reaktywację Soundgarden skoro wcześniej wielokrotnie się zarzekał, że niczego takiego nie planuje? Prawda?
I to by było na tyle. Zapewne jest jeszcze wiele przykładów na to, że coś nie tak z tymi Krzysztofami. Zapewne jest też jeden albo dwa wyjątki od reguły. Pomyślcie jednak rodzice przy nadawaniu swoim pociechom imion zanim sprowadzicie na świat kolejnego Krzysztofa. No chyba, że alternatywą dla Krzysia jest Kazimierz...

KOSIŁAPKI © 2015. All Rights Reserved | Powered by-Blogger

Distributed By-Blogspot Templates | Designed by-Windroidclub