Zgodnie z obietnicą podlinkowuję dla wszystkich tych, którzy są ciekawi, a nie mogą jej na antyportalu znaleźć (a to niespodzianka) recenzję Ep Blindead. Miłej lektury
W monotonie moich porannych zajęć wkradł się nowy element. Oprócz obowiązkowych ma się rozumieć zabiegów higienicznych, oraz faszerowania się medykamentami różnej maści, których tak bardzo nie cierpię, a bez których nie mogę funkcjonować, często zdarzającej się prasówki i okazjonalnego śniadania doszło pisanie maila. Adresatem tego maila są odpowiedzialne za promocję i kontakty z mediami osoby organizujące Hunterfest. Oczywiście jeśli natrafię na jakąś wymagającą odpowiedzi korespondencję, odpisuję (zazwyczaj) od razu, ale to zdarza mi się okazjonalnie, co dzień natomiast ślę elektroniczne listy do Szczytna. Dlaczego? Otóż we wczesnej fazie organizacji festiwalu, jak jeszcze nie znane były gwiazdy, ani nawet na dobrą sprawę lokalizacja tego ewentu, skontaktowałem się z managerem Huntera z prośbą o kontakt z osobą odpowiedzialną za organizację tej imprezy. Okazało się, że przynajmniej na tej fazie (teraz nie wiem jak to jest) zajmował się tym właśnie on. Był bardzo zadowolony z możliwości współpracy z antypotalem, a nawet zaproponował patronat nad mającą się niedługo ukazać płytą "Hellwood" zespołu Hunter. Cały w skowronkach, jako że nie spodziewałem się, że do festiwalu los dorzuci mi płytę, wysłałem zapytanie o szczegóły współpracy i... Kilka miesięcy później wciąż nie mogę się na nie doczekać. Płyta dawno już w sklepach, Hunterfest zbliża się coraz większymi krokami, a Szczytno milczy. Skąd taki tytuł wpisu? Od swojego początku festiwal słynął z faktu, że nie zawsze docierają wszystkie zapowiedziane zespoły oraz różnych innych chochlików organizacyjnych. Dodatkowo w tym roku po raz pierwszy odbywać się będzie w nowej lokacji, do której ze Szczytna będzie trzeba jakoś dojechać. Zorganizować będzie też pewnie trzeba kateringi, namiotingi i inne tym podobne "atrakcje" dla przybyłych. Ciekawi mnie, jakie inne i nieprzewidziane "atrakcje" zafundują ponad programowo organizatorzy, skoro osoby odpowiedzialne za organizację, które jeszcze rok temu odpisywały na maile teraz już nawet tego nie robią.
Conan O'Brian to od zawsze mój ulubiony prowadzący tak zwanego "talk show". Za zamierzchłych czasów mojej młodości, kiedy jeszcze na stojąco wchodziłem pod stół, specjalnie zostawałem do północy żeby móc obejrzeć jego zaczynający się o 23 czasu środkowo europejskiego program. Teraz po wielu latach Conan awansował i zamiast swojego Late night show, dostał w schedzie po Jay-u Leno, legendzie amerykańskich talk show-ów, The Tonight Show. Prawie już o tym szalonym z pochodzenia Irlandczyku zapomniałem, bo zwyczajnie nie mam gdzie jego programów oglądać, a tu dzisiaj natchnąłem się na taką miłą niespodziankę:
Mój ulubiony prowadzący jak widać był równie podekscytowany co ja. Kawałek dużo traci na jakości dźwięku ( w przeciwieństwie do naszych marnych namiastek tego typu programów zespoły występują w nich na żywo) ale już teraz da się odczuć te "smaczki", które w nim tkwią. Oby reszta materiału, który właśnie powstaje byłą przynajmniej równie udana i interesująca.
Według ostatnich wiadomości jakie wyczytałem w pewnym czasopiśmie z Rockiem w nazwie z kwietnia, 26 maja powinien mieć swoją premierę debiutancki, solowy krążek Andreasa Kissera znanego pewne niektórym z pewnego brazylijskiego zespołu metalowego. Zapytałem więc wszechwiedzącego google, czy przypadkiem nie ma dla mnie gdzieś chociaż jednego egzemplarza Hubris I&II. Odpowiedział przecząco. Są trzy opcje. Albo data premiery została przeniesiona na inny termin (ale i tak już dawno powinien materiał przeciec, nie przeciekanie do sieci jest passe), albo nikt tak naprawdę nie interesuje się dziełem Kissera (mało prawdopodobne), albo współpracownicy twórcy Hubris I&II zabezpieczyli płytę w sposób uniemożliwiający jej kopiowanie (zupełnie nieprawdopodobne). Tak czy siak przyjdzie jeszcze chyba poczekać na posłuchanie co tam ostatni członek Sepultury w Sepulturze ma sam do powiedzenia o sobie swoimi riffami. Póki co pozostaje oglądanie go jak gra w bad assowych szkłach:]
O czym będzie? O dezodorantach dla kobiet, które powoduję że samce chcą je obrzucać zielenią? Nie do końca. W zasadzie to wcale nie. Będzie o nowym ep Gdyńskiego Blindead, o wdzięcznej nazwie, Impulse Właściwie to mógłbym sobie ten post darować, bo lada godzina, no góra dzień, będę też smarował recenzję tego cudeńka dla antyportal.net, ale w zasadzie to chciałem przy okazji tego postu poruszyć parę spraw nie do końca związanych z samym albumem stricte. Przede wszystkim jak dobrze, że w końcu się w Polsce zaczyna rozwijać muzyka z "post" w przedrostku. Tak wiem, że przecież od dawna już hula w eterze postpunk, ale co tu dużo mówić punk nie jest moim ideałem muzycznego wyrazu i nawet "post" w nazwie średnio go ratuje. To na co naprawdę czekałem, to postrock, postmetal a co za tym idzie i sludge. Tak Panie i Panowie, którzy jakimś cudem zawędrowaliście na mojego blogaska- sludge. Dlaczego właśnie na zagoszczenie w naszym pięknym nadwiślańskim kraju tego gatunku tak długo czekałem? Bo mimo wysoce dyskusyjnej pozytywności tej nazwy ( z angielska jest to "muł" albo "ściek") to właśnie ten rodzaj muzyki jest jednym z tych, dzięki któremu rock'n'roll jeszcze nie umarł. To, nie zawsze, smutni Panowie grający zwykle wolne, zdawać by się monotonne i dołujące kompozycje sprawiają, że ciągle wierzę w to, że w gatunkach około rockowych nie wszystko zostało powiedziane. Złożoność kompozycji, wielowymiarowe, dające się na wiele sposobów interpretować teksty i ten nastrój. Zresztą zobaczcie i posłuchajcie sami. Jedni z największych w tej dziedzinie, niedoścignieni Panowie z Neurosis.
Generalnie "Stones from the sky" to najlepszy utwór muzyczny jaki kiedykolwiek powstał. Nie, nie moim zdaniem najlepszym utwór muzyczny, który kiedykolwiek powstał, nie najlepszy w tym gatunku utwór muzyczny, który kiedykolwiek powstał, tylko po prostu najlepszy utwór muzyczny, który kiedykolwiek powstał. I teraz drodzy Państwo wyobraźcie sobie, że na ziemi naszych ojców nie było jeszcze kilka lat temu komu takiej muzyki grać. Żeby zobaczyć na żywo zespoły łamiące schematy jak Steven Segal kości w swoich filmach, trzeba było czekać aż łaskawie odwiedzi nas ktoś z za wielkiej wody. Nie zdarzało się to zbyt często. Na szczęście od niedawna wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku. Za sprawą organizacji Asymmetry, oraz Wrocławskiego Firlejacoraz częściej zaglądają do nas godni uwagi artyści spoza undergroundowego mainstreamu. Pojawia się też coraz więcej zespołów chcących grać tego typu, niekonwencjonalną muzykę. Wspomniany Blindead, świetne Tides From Nebula, czy bardzo dobrze rokująca Proghma-c. Najlepsze jest jednak to, że chłopaki nie siedzą w domach tylko pakują sprzęt do busów i ruszają w trasę. To bardzo dobrze. Jeszcze podajże 2, 3 lata temu na jednym z portali społecznościowych w temacie poświęconym tego typu muzyce spytałem "Czy ktoś zna jakieś tego typu zespoły z Polski?". Odzew był niewielki. Polecono mi ze dwa albumy zespołów grających metal, które akurat im "wyszły" podobne "czegoś na kształt sludge". Trzeba jeszcze dodać, że członkowie tego forum to nie byli jacyś tam laicy, tylko wciąż rozgrzebujący internet w poszukiwaniu nowych dźwięków pasjonaci, z wielką chęcią dzielący się nowymi odkryciami a nie jedynie uzupełniający tematy pokroju "moja ulubiona piosenka x to y bo ma taki ładny refren". W końcu możemy spodziewać się tego typu dźwięków nie tylko raz na parę miesięcy w jednym miejscu w kraju. Teraz każdy wystarczająco zdeterminowany fan dobrej muzyki może przy odrobinie wysiłku dotrzeć na "post" sztukę. Teraz w końcu mamy się wszyscy czym dzielić i w sumie też chwalić bo nasi przedstawiciele tego nurtu nie odstają od swoich kolegów z różnych kierunków róży wiatrów. Ale nie napisałem nic o samym "Impulse". Jakie jest? Bardzo dobre. Już wkrótce więcej szczegółów na www.antyportal.net.
Nowy album Isis poszedł z duchem czasu i nie chcąc w niczym ustępować swoim kolegom po fachu, niewiele myśląc "wyciekł do sieci". Nowych dźwięków, nie do końca wesołego, kwintetu z Bostonu zawsze wypatruję jak podróżujący po pustyni turyści oaz. W ogromie wysuszonego i dusznego morza muzyki Panowie z Isis byli jak powiew świeżego powietrza. Jak orzeźwiająca fala zimnej wody. Niestety z każdym kolejnym albumem zdaje się im zaczynać, brakować pary. Bezbłędne "Oceanic" i "Panopticon" zdają się z każdym przesłuchanym utworem z "Wavering Radiant"poprzeczką zawieszoną tak wysoko, że muzykom z Isis pozostanie już na zawsze tylko tęskne spoglądanie w jej kierunku. Już na poprzedzającym najnowsze dzieło "The Absence of Truth" dało się słyszeć, że Isis mięknie. Pazury, które kiedyś miała ich muzyka zostały na "The Absence..." przycięte, a najnowszym wydawnictwie dodatkowo jeszcze pomalowane. Niby kompozycyjnie nie można tym kawałkom nic zarzucić, niby ciągle będący wokalistą Aaron Turner nie ogranicza się tylko do śpiewu, ale także growluje, niby ciągle jest w pojedynczym utworze więcej niespodziewanych zwrotów i muzycznej maestrii kompozycyjnej, niż taki Szymon Wydra wymyśli ze swoim carpe Diem przez całe życie, ale brakuje tej iskry, tej magii którą miały poprzednie wydawnictwa. Nie ma ( piszę po kilkunastu jego przesłuchaniach) na tym albumie takich momentów jak na poprzednich wydawnictwach, kiedy to nawet nie angażując się w pełni w grającą muzykę, nagle przestawało się robić cokolwiek się robiło i dawało się ponieść muzyce. Ten album jest bardzo dobry, ale jednak te utwory sobie tylko gdzieś tam "lecą" nie zabierając ze sobą niestety słuchacza. Kolejny bardzo dobry album po "Crack the sky" Mastodona, który mimo wszystko rozczarowuje. Za wymagający jestem czy jak?
Filmweb mówi:Adaptacja popularnej w Japonii i Korei Południowej mangi. Nastolatek Light Yagami znajduje tajemniczy notatnik - narzędzie boga śmierci. Notatnik ten pozwala na zabicie każdej osoby, której nazwisko zostanie w nim zapisane. Chłopiec postanawia z jego pomocą uczynić świat lepszym. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają ginąć przestępcy, sprawą zaczyna się interesować policyjny detektyw.
Jak to wygląda?: Kino azjatyckie lubię bardzo. Niekonwencjonalne pomysły tak w samej fabule jak i jej narracji, to to, co tygrysy powinny lubić najbardziej. Tu niestety kwadratowe nawet jak na Japońskie standardy aktorstwo skutecznie odstrasza, a do rozpuku bawi postać demona, czy co to tam jest, który dokonuje mordów na przestępcach. Jego animacja, jak i sama, przypominająca trafionego gromem muzyka punck rockowego, sylwetka wywołuje uśmiech politowania i przywodzi na myśl rodzimego "sześciennego smoka" z "Wiedźmina". Kto oglądał ten wie, kto nie niech sobie daruje. Nie będę się tu bawił z zagłębianiem w moralne dylematy przedstawione przez twórców filmu, bo są one tak oczywiste jak to, że dwa i dwa to nie siedem. I w zasadzie tyle. Po przemęczeniu się przez całość po raz pierwszy żałowałem, że oglądam japoński oryginał, a nie jego amerykanerskiego remeake'a, bo sam pomysł jakby go dobrze zagrać i zrealizować nawet ciekawym jest. Popatrzcie zresztą sami